Biskup Hans Gerny. ChAT 16 luty 2001 r.

„Wysiłki podejmowane na rzecz jedności chrześcijan".

Szczególnie wzrusza fakt, że to właśnie Wasza Akademia mnie uhonorowała, albowiem od wielu lat utrzymuję ścisłe kontakty z Kościołem Polskokatolickim i nierzadko przebywałem w Waszym wielkim i pięknym kraju. Przyjmowano mnie tutaj nie tylko z godną podziwu gościnnością i serdecznością, cieszyłem się wielkim szacunkiem, żywiono tu nie tylko uczucia głębokiego zaufania do mojej osoby, ale pozwolono mi razem z tym Kościołem przejść długą i interesującą drogę. Miałem to szczęście, że mogłem wielokrotnie odwiedzać Wasz kraj i każdorazowo przybywałem tu z wielką radością.

Kiedy po raz pierwszy przybyłem w 1985 roku do Warszawy, Polska jeszcze cierpiała na skutek wydarzeń stanu wojennego. W moich oczach, kraj znajdował się w stanie głębokiej depresji. Przygnębienie i szpiclowanie wydawało się być zjawiskiem powszechnym. Nastrój ludzi i miast wydawał się być ukształtowany poczuciem beznadziejności związanej z rządzącą dyktaturą. Ten stan dawał się odczuć także i w naszym Kościele; Kościoły mniejszościowe, szczególnie bezbronne, były bowiem bardziej poddane żelaznemu uściskowi ze strony państwa. Nie wszyscy duchowni mieli siłę, możliwość, albo odwagę zaangażować się w walce o niezależność spraw Chrystusa. Doprowadziło to do tego, że niekiedy kolaborowano więcej, niż to mogło być konieczne. Skutkiem tego było uzależnienie, wzajemna nieufność, poczucie niepewności jutra i to wszystko utrudniało Kościołowi Polskokatolickiemu wieść dobre i spokojne życie kościelne. Wypowiada się te słowa z pozorną łatwością, bo z pozycji człowieka, który żył zawsze w wolnym kraju. Jeśli wypowiedziałem te myśli — czynię to z pełnym szacunkiem dla ludzi i z dużą ostrożnością, mając świadomość, że nie wiem, jak zachowałbym się sam, gdybym znalazł się w podobnej sytuacji. Odważyłem się wypowiedzieć podobne myśli, ponieważ pełen podziwu stwierdzam, że teraz podejmuje się autentyczne wysiłki w celu przezwyciężenia przeszłości. Od czasu politycznego przełomu w 1989 roku wiele się zmieniło. Niezwykle odważne i merytoryczne obrady Synodu Kościoła Polskokatolickiego w 1995 roku dokonały olbrzymiego wysiłku w celu przezwyciężenia przeszłości. Nowe Prawo Wewnętrzne Kościoła, wraz z nową orientacją personalną, utorowały drogę ku wolnej przyszłości. Fakt, że mogłem Kościołowi towarzyszyć na tej drodze, może nawet
tu i ówdzie wnieść do tego swój wkład i nieść pomoc — jest dla mnie czymś wielce satysfakcjonującym.

W ostatnich latach w Polsce miało miejsce istotne kościelne wydarzenie. Kościoły: Polskokatolicki i Rzymskokatolicki nawiązały dialog. Ze względów politycznych i kościelnych było to przedtem nie do pomyślenia, a już na pewno nie w latach komunizmu. Kiedy nowe kierownictwo Kościoła Polskokatolickiego zwróciło się do mnie w 1995 roku z prośbą o podjęcie kontaktu z Józefem Kardynałem Glempem, aby wysondować, czy kontakty między obydwoma Kościołami znajdują się choćby w sferze możliwości — odebrałem to jako wielkie wyzwanie. Próba się powiodła. Prymas Polski wyraził gotowość podjęcia rozmów z Kościołem kierowanym przez biskupa Wiktora Wysoczańskiego i upoważnił dziś już śp. biskupa Miziołka do przygotowania rozmów. Obecnie zadanie to przejął — z dużym poczuciem odpowiedzialności i zaangażowaniem — biskup Jacek Jezierski. Wszystko to doprowadziło do znacznej poprawy klimatu między obydwoma Kościołami. To, że po nawiązaniu tych kontaktów mogło dojść do powołania mieszanej komisji i podjęcia przez nią pracy— jest wielkim i ważnym wydarzeniem, nowym początkiem. Jest to wydarzenie, które dla Polski jest czymś zdecydowanie innym aniżeli wydarzeniem oczywistym.

Pomoc, której udzieliłem i która doprowadziła do ekumenicznego sukcesu, sprawiła mi nieukrywaną radość. To, że zadowolenie było tak wielkie ma związek z moimi osobistymi doświadczeniami w Kościele. Na początku lat sześćdziesiątych byłem księdzem w małej szwajcarskiej wiosce. Stosunki z Kościołem Rzymskokatolickim były wówczas niewyobrażalnie złe. Tak na przykład mój rzymskokatolicki brat w urzędzie zabronił swoim wiernym zwracania się do mnie przez proszę „księdza". Z kolei biskup rzymskokatolicki wzbraniał się, w trakcie oficjalnych spotkań, przed podaniem ręki swojemu starokatolickiemu bratu w urzędzie. Ten klimat prowadził do wielkich napięć we wsi; prowadził do rozłamów w rodzinach, niszczył przyjaźnie. Te doświadczenia uświadomiły mi, że Kościoły nie mogą się dalej znajdować w takich stosunkach, jeśli mają być wiarygodne. Jeżeli zwiastowanie Ewangelii, zwiastowanie wolności i miłości ma prowadzić do wrogości i waśni między ludźmi, wówczas praktyka ta może być odbierana przez otaczający nas świat tylko jako przewrotność, perwersja. Wychodząc z tych przesłanek, próbowałem wówczas w naszej wsi doprowadzić do poprawy istniejącego klimatu. To się udało. Poparcia mieszkańców wsi byłem pewny, ponieważ wielu z nich cierpiało z powodu występujących tam napięć. Z tego też względu byli oni otwarci na zmiany. Jednocześnie Sobór Watykański Drugi otworzył zamknięte dotąd drzwi. Tym sposobem udało się po raz pierwszy odprawić we wsi ekumeniczne nabożeństwo. Nigdy nie zapomnę przepełnionego starokatolickiego Domu Bożego, w którym po raz pierwszy modlili się razem, wierni Kościoła Staro- i Rzymskokatolickiego. Nie zapomnę też nigdy, z jaką ulgą odebrali to wierni i jak dziękowali. Zrozumiałem wówczas, jak tragiczne i nieludzkie są kościelne rozłamy. Począwszy od tego czasu praca na rzecz ekumenii zyskała dla mnie rangę najwyższego priorytetu (...).

Istnieje olbrzymie wyzwanie naszych czasów, które dotyczy nas wspólnie, niezależnie od różnic, któremu musimy wspólnie stawić czoła. W całym europejskim kręgu kulturowym napotykamy na przemiany, które muszą nas napawać największą troską: nasze społeczeństwo laicyzuje się w coraz to większym stopniu. Chrześcijańskie treści w tradycyjnie chrześcijańskich krajach zdają się coraz bardziej ulatniać. W Szwajcarii znajdziemy miasta, w których nawet połowa mieszkańców nie należy już do żadnego Kościoła. Liczba chrztów maleje w sposób iście dramatyczny. A jeżeli jestem dobrze poinformowany, także w tradycyjnie kościelnej Polsce przywiązanie ludzi do Kościoła maleje w sposób alarmujący. Wiadomości napływające z Wielkiej Brytanii czy Rosji, Francji i Grecji nie są inne. Europa dojrzewa i dojrzała do tego, by ponownie stać się terenem misyjnym. Chrześcijanom grozi ponownie stanie się religijną mniejszością. Ponieważ dotyczy to wszystkich Kościołów, więc wszystkich musi też dotyczyć wspólne wyzwanie: musimy na nowo spróbować ludziom głosić Ewangelię. Jestem głęboko przekonany, że rechrystianizację Europy osiągniemy tylko wtedy, kiedy weźmiemy się wspólnie do tej pracy, kiedy wspólnie zrealizujemy to zadanie. Tylko te Kościoły, które wspólnie opowiedzą się za Ewangelią, mogą ją wiarygodnie zwiastować. Już to jedynie jest wystarczającym powodem, dla którego każda forma prozelityzmu jest nie do zaakceptowania. Kto zwiastuje tylko po to, by więcej wiernych pozyskać d la swojego Kościoła — ten działa wbrew Ewangelii Jezusa Chrystusa. Kto pragnie odstręczać innych wierzących od ich wiary — zdradza sprawę Jezusa Chrystusa. My, chrześcijanie nie sprzedajemy jakiegoś produktu dla zysku. My głosi my Słowo Boże nie dla chwały własnego Kościoła; „My zwiastujemy Chrystusa ukrzyżowanego" (1 Kor 1, 23), ponieważ pragniemy działać dla dobra człowieka. Pragniemy dać człowiekowi nadzieję na przyszłość, otworzyć mu nowe perspektywy życiowe. Mówimy o Ewangelii, ponieważ jesteśmy przekonani, że prowadzi ona ludzi przed oblicze Trójjedynego Boga. Jeżeli na innych polach działania musimy czynić te czy inne zastrzeżenia, mieć te czy inne wątpliwości — to dla odmiany, w omawianym przypadku, musiałaby mieć miejsce znacznie bardziej ścisła współpraca. Taka współpraca mogłaby wnieść także swój wkład do pogłębienia i umocnienia wzajemnego zaufania. Misja, wspólne i odpowiedzialne głoszenie i przekazywanie wiary — to pole działania, na którym moglibyśmy współpracować  znacznie  intensywniej. I ta współpraca ułatwiłaby nam zbliżyć się wzajemnie do siebie.

Jednak jest coś, co jeszcze dodatkowo utrudnia — moim zdaniem — w chwili obecnej wcielenie w życie i prowadzenie dialogu. Sytuacja prawosławia po upadku państwa sowieckiego zmieniła się zdecydowanie. Wiele Kościołów w obrębie byłej komunistycznej strefy wpływów musi się dostosować do nowej sytuacji. W nowych warunkach politycznych, gospodarczych i kulturalnych sam sposób życia nie może się dokonywać bez nowych, głębokich przemyśleń, bez dalekosiężnych, głęboko sięgających zmian. To ciężkie i śmiałe przedsięwzięcie wymaga podjęcia wielu wysiłków, polemik i przemyśleń. Prowadzi to także do bolesnych tarć wewnątrz poszczególnych Kościołów. Do tego dochodzi fakt, że nie tylko w obrębie jednego Kościoła prawosławnego, ale między nimi dochodzi do różnic, a nawet napięć. Jest sprawą oczywistą, że w obliczu zaistniałej sytuacji, w obliczu wielkich wewnątrzkościelnych wyzwań, na plan pierwszy wysuwają się własne problemy, a dopiero potem angażuje się siły dla praktycznego wprowadzania w życie naszego dialogu. Wymaga to od wszystkich uczestników [dialogu] czasu i chęci wytrwania. Międzykościelne stosunki wymagają — to stare doświadczenie — wiele cierpliwości!

Wymieniłem liczne wyzwania, które stoją przed Kościołami. Powiedziałem, dlaczego wysiłki podejmowane na rzecz dostrzegalnej jedności Kościoła należą do centrum wiary chrześcijańskiej. Wymieniłem różnice i trudności, ale wskazałem także na wyzwania stojące przed Kościołami. Możemy się nie wiem jak angażować i starać, i pracować nie wiem jak usilnie, ale jeżeli nasze starania nie będą się opierać na wiedzy o tym, że jesteśmy nikim i niczym bez łaski Trójjedynego Boga — wówczas wszelkie wysiłki spełzną na niczym, będą daremne. Musimy się od duchowości wschodniej nauczyć, że żadna praca na winnicy Pańskiej i na tym świecie nie będzie miała powodzenia, jeżeli wszystkim naszym wysiłkom i pracom nie będzie przyświecała modlitwa: „Święty Boże, święty mocny, święty a nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami!".