Z życia Kościoła. Warszawa 8-9 kwietnia 1986 r.
Sympozjum Naukowe w 120 rocznicę urodzin Biskupa Franciszka Hodura

„Życie i działalność Franciszka Hodura”

Biskup Tadeusz R. Majewski
zwierzchnik Kościoła Polskokatolickiego


"Na prośbę organizatora Sympozjum Naukowego w 120 rocznicę urodzin biskupa Franciszka Hodura mam w skrócie przedstawić sylwetkę tego wybitnego Polaka, Patrioty i Społecznika".
Warszawa1986_04_08-09








zobacz: przebieg uroczystości

"Niełatwo jest mówić o człowieku tak niezwykłym, jakim niewątpliwie był ks. biskup Franciszek Hodur. Znany jest powszechnie jako organizator Polskiego Narodowego Katolickiego Kościoła w Stanach Zjednoczonych Ameryki Pol nocnej i w Kanadzie, a następnie w Polsce, tzn. w jego starej Ojczyźnie. Posiadał bowiem niezwykle bogatą osobowość, szlachetny charakter, rozległy wachlarz zainteresowań, podbudowanych wrodzonymi uzdolnieniami. Cechował go jednocześnie charyzmat szczerego patriotyzmu w stosunku do polskiej Ojczyzny. Poza tym był urodzonym działaczem i społecznikiem, oczywiście w najlepszym tych słów znaczeniu — był natchnionym i porywającym kaznodzieją, dobrym teologiem i religijnym reformatorem. Był wreszcie bardzo płodnym pisarzem, autorem licznych publikacji o nieprzemijającym znaczeniu religijno-wychowawczym Przede wszystkim jednak utalentowanym organizatorem, nieustraszonym bojownikiem o wielką sprawę Polskiego Narodowego Katolickiego Kościoła, zarówno wśród amerykańskiej Polonii, jak zwłaszcza w macierzystym kraju.

Wielki pisarz niemiecki W. Goethe chyba słusznie zauważył. że kto zamierza bliżej zapoznać się z określonym twórcą oraz treścią jego dzieła, przede wszystkim powinien udać się w jego rodzinne strony, gdzie spędził dzieciństwo i wczesną młodość. Od roku 1962 do 1986 zajmowałem stanowisko wikariusza generalnego Diecezji Krakowskiej. Kilkakrotnie odwiedziłem Żarki — wieś, w której urodził się Franciszek Hodur. Przez 4 lata przebywałem w Krakowie, gdzie spędził lata młodzieńcze i odbywał swe studia filozoficzno-teologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do niedawna jeszcze żyli tam członkowie jego najbliższej rodziny, przyjaciele oraz liczni znajomi, którzy zechcieli poinformować mnie o wielu ciekawych szczegółach z jego bogatego życia.

Wyjeżdżałem następnie kilkakrotnie za ocean, do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej będących niejako drugą Ojczyzną ks. bpa Fr. Hodura, gdzie zwłaszcza w Scranton, w kolebce Polskiego Narodowego Katolickiego Kościoła szukałem najbardziej autentycznych i wiarygodnych świadków znaczących wydarzeń sprzed 90 lat.

Jakże słuszne są słowa wypowiedziane nad prochami Juliusza Słowackiego, że „są ludzie i czyny ludzkie tak wielkie i tak potężne, że śmierć przezwyciężają, że żyją nadal i  obcują miedzy nami”. Są ludzie, którzy mimo swej śmierci fizycznej, duchowo pozostają wśród żywych , kształtując ich myśli i postawę życiową, a także moralne oblicze. Do takich niezwykłych ludzi śmiało zaliczyć można również ks. bpa. Fr. Hodura.

Dla wielu Polaków jednakże postać oraz Dzieło ks. bpa Fr. Hodura, jego wielkie zasługi dla Kościoła i Ojczyzny, nie są dokładnie znane. Bywa również, iż zainteresowani jego osobą swoje o nim wiadomości i opinie opierają wyłącznie na jednostronnych — częstokroć tendencyjnych — źródłach, mocna zniekształcających całą o nim prawdę Stąd chyba za przykry uznać należy fakt, iż do tej pory nie ukazała się pełna i syntetycznie opracowana biografia tego wybitnego Polaka. Powyższa okoliczność stanowiła główną motywację do podjęcia przeze mnie próby napisania książki o ks. bpie Fr. Hodurze, która by chociaż częściowo wypełniła rażącą lukę w historii wyznań chrześcijańskich.

Ks bp Fr. Hodur zmarł w lutym 1953 roku w St. Zjednoczonych Ameryki Północnej. Nawiązując do tej — dla mnie bolesnej — daty, właśnie w trzydziestą rocznicę jego śmierci zacząłem pisać książkę, by zakończyć ją w roku 1985. Pragnę wyrazie w ten sposób głęboki szacunek dla człowieka, który imponował mi od samego dzieciństwa.

Przytoczone w tej pracy fakty, poparte autentycznymi dokumentami dowodzą, że ludzie tacy jak ks. bp Fr. Hodur nie rodzą się często, zwłaszcza w wiejskich chatach. Jako człowiek z przekonania religijny wierzę mocno że Bóg Wszechmogący, który rządzi światem, takich właśnie skromnych ludzi powołuje do szczególnych zadań, wyposażających ich jednocześnie w specjalne charyzmaty wiary, rozumu i serca, by mogli realizować Jego boskie plany na ziemi, by budzili z uśpienia ludzkie sumienia i wskazywali innym właściwa drogę, którą poprzez „Pracę i Walkę” należy dążyć do "Prawdy" o sensie ludzkiego życia na ziemi.

 

1. Franciszek Hodur — późniejszy biskup i organizator oraz zwierzchnik Polskiego Narodowego Katolickiego Kościoła w Stanach Zjednoczonych A. P., Kanadzie i w Polsce — urodził się w dniu 1 kwietnia 1866 roku niedaleko Krakowa, we wsi Żarki w dawnym powiecie chrzanowskim. Przyszedł na świat w skromnej — strzechą krytej —wiejskiej chacie w wielodzietnej rodzinie krawca, trudniącego się jednocześnie rolnictwem. Ojcem jego był Jan Hodur, syn Kazimierza i Agnieszki z domu Kuc, jego matką zaś była Marianna Hodur, córka Wojciecha i Tekli z domu Kossowska. Z odnośnego dokumentu wynika, że już w dniu następnym obrzędu chrztu Franciszka dokonał ks. Walenty Skimina w rzymskokatolickiej parafii w Babicach, przy czym rodzicami chrzestnymi byli — Andrzej Bębenek oraz Magdalena Malikowa.

Franciszek. będąc jednym z siedmiorga dzieci małżeństwa Hodurów, od wczesnego dzieciństwa wychowywał się pod troskliwą opieką obojga rodziców. Podczas, gdy jego ojciec głównie zajmował się wiejskim krawiectwem, matka dbała o utrzymanie skromnego gospodarstwa. Z relacji naocznych świadków dowiadujemy się, iż mimo całodziennej ciężkie pracy małżonkowie znajdywali wystarczająco dosyć czasu,  by móc należycie zaopiekować się licznym potomstwem i czuwać nad jego wychowaniem w duchu religijnym. Dzięki nadzwyczaj pracowitemu trybowi życia oraz pogodnej atmosferze, jaką zdołano stworzyć w rodzinie Hodurow, a także z powodu prawości charakteru i niezwykłej uczciwości rodziców Franciszka, cieszyli się oni powszechnym szacunkiem mieszkańców wsi Żarki.

Franciszek odziedziczył po swych rodzicach — zwłaszcza po ojcu — wiele cennych zalet, jak wyjątkową inteligencję, odwagę w wypowiadaniu własnych poglądów, prawość charakteru, życzliwość dla otoczenia, a szczególnie gorącą i prostolinijną pobożność, która stała się zalążkiem jego przyszłego powołania do stanu duchownego. Faktem jest, ze o swych rodzicach do późnej starości zawsze wyrażał się z najgłębsi szacunkiem i do końca darzył ich synowską miłością.

W domu rodzinnym Franciszek przebywał do czternastego roku życia. W późniejszych latach utrzymywał, iż chwile spędzone pod troskliwym okiem ojca i matki wywarły ogromn wpływ na dalsze kształtowanie się jego charakteru oraz na całą przyszłą działalność religijną i społeczno-patriotyczną.

Do szkoły podstawowej zrazu uczęszczał na wsi, a ukończył ją w pobliskim mieście Chrzanowie. Zapamiętano w rodzinie iż pod wpływem jednego ze swych nauczycieli, który zwrócił szczególną uwagę na wielce uzdolnionego chłopca. Franciszek już za młodu postanowił w przyszłości zostać księdzem. W tym celu niezbędnym jednak było dalsze jego uczenie się, a w pierwszej kolejności zdobycie średniego wykształcenia i uzyskania tzw. matury. Wszakże w tamtych czasach nie należało to bynajmniej do rzeczy prostych i łatwych, nie tylko ze względów czysto materialnych, ale również z tytułu specyficznych wówczas warunków społecznych.

Dzięki jednak życzliwości i pomocy udzielonej mu przez prof. Adama Krzyżanowskiego, który osobiście zainteresował się bardzo zdolnym chłopcem, młody Franciszek Hodur mógł niebawem ze wsi Żarki przenieść się do Krakowa, gdzie przyjęto go do gimnazjum św. Anny, znanego jako szkoła Nowodworskiego, uchodząca wówczas za ekskluzywną.

W okresie swej nauki szkolnej Franciszek Hodur mieszkał na tzw. stancji w dość trudnych warunkach socjalno-bytowych, zwłaszcza że musiał sam zarabiać na swe utrzymanie z udzielania korepetycji mniej zdolnym uczniom. Nie miał zatem młody Franciszek łatwego życia w wielkim mieście, gdyż ze względu na swe chłopskie pochodzenie nawet w wymienionym gimnazjum spotykał się z różnego typu szykanami i złośliwymi docinkami ze strony swych zarozumiałych kolegów, wywodzących się przeważnie z kół drobnomieszczańskich, czy nawet szlachty. Niejedna też przykrość — z tych samych zresztą względów — spotykała go ze strony niektórych nauczycieli, niechętnie odnoszących się do kształcenia się młodzieży wiejskiej.

Wspomniana oczywista dyskryminacja klasowa, nie tylko przysporzyła wrażliwemu młodzieńcowi niemało, trudności w życiu codziennym, ale jeszcze wywarła niezatarte piętno na jego psychice. Mimo to własną pracowitością i uporem zdołał pokonać wszystkie narzucone mu przez los przeciwności i w roku 1884 pomyślnie zdać egzamin dojrzałości.

Po uzyskaniu matury Franciszek Hodur został przyjęty do Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie, które ówczesnym zwyczajem skierowało swego alumna na studia filozoficzno-teologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. W czasie odbywania tychże studiów wykazał się wielkimi uzdolnieniami naukowymi, a poza tym miał okazję nawiązania bliższych kontaktów z niektórymi działaczami społecznymi, nastawionymi patriotycznie i proludowo.

W Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego zdołano odszukać zarówno katalog słuchaczy Wydziału Teologii tejże uczelni, w którym figuruje nazwisko kleryka F. Hodura jak i program studiów za lata 1889-1892, który obowiązywał również wcześniej. Warto zatem odnotować przedmioty objęte wspomnianym programem studiów na Wydziale Teologicznym, by móc zorientować się jak szeroki był zakres wiedzy przekazywanej wówczas studentom teologii na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Otóż na pierwszym roku obowiązywały: 1. historia filozofii Średniowiecza i Odrodzenia, 2. archeologia biblijna, 3. wprowadzenie do ksiąg Nowego Testamentu, 4. egzegeza Księgi Psalmów i Wulgaty, 5. kosmologia, 6. teologia naturalna, czyli teodycea, 7. dogmatyka, 8 liturgia chrześcijańska, 9. historia Kościoła na Rusi, 10. zabytki przedchrześcijańskie, 11. język hebrajski. Należy tu zaznaczyć, że wspomniany program zakładał uprzednią znajomość języka łacińskiego i greki u studentów, którzy z zasady kończyli gimnazja typu klasycznego, gdzie nauczano tychże języków starożytnych.

Na drugim roku studiów obowiązywały przedmioty: 1. logika, 2. dogmatyka, 3. filozofia Ojców Kościoła, 4. egzegeza Ewangelii i Listów św. Pawła, 5. historia literatury kościelnej, 6 poezja polska. Natomiast na trzecim roku studiów obowiązywały przedmioty: 1. etyka naturalna, 2. teologia moralna, 3. historia Kościoła, 4. literatura kościelna, 5. wykład o życiu i pismach Adama Mickiewicza, 6. historia filozofii grecko-rzymskiej, 7. seminarium filozofii chrześcijańskiej.

Z zachowanych do tej pory akt w wymienionym Archiwum UJ wynika również, ze kleryk Franciszek wszystkie przewidziane programem egzaminy zdał z wynikiem "summa cum laude", tzn. bardzo dobrym, a nawet wyróżniającym się. Natomiast wśród wykładowców i egzaminatorów Franciszka Hodura znalazły się nazwiska następujących profesorów UJ — Pawlickiego, Knapińskiego, Chotkowskiego, Łempkowskiego, Morawskiego, Tarnowskiego, Gromnickiego, Tretiaka i Fijałka.

Z przytoczonych wyżej danych można wnioskować, ze kleryk Franciszek Hodur posiadał solidne wykształcenie filozoficzno-teologiczne, w dodatku na uczelni o światowej renomie, chociaż skądinąd nie danym mu było zakończyć studia uzyskania dyplomu UJ.

Po trzyletnim pobycie w Seminarium Duchownym i studiach uniwersyteckich — klerykowi F. Hodurowi niższych święceń kapłańskich udzielił ordynariusz archidiecezji krakowskiej ks. kard. Dunajewski. Natomiast wyższych święceń mu odmówiono, czym czuł się bardzo rozgoryczony. Stało się to zresztą bezpośrednią przyczyną opuszczenia przez niego wspomnianego Seminarium, z czym z kolei wiązało się przerwanie studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim, tuż przed ich ukończeniem.

Nie od rzeczy będzie dociekać właściwych przyczyn, zarówno decyzji władz kościelnych odkładających udzielenia wyższych święceń klerykowi F. Hodurowi, jak i jego własnego postanowienia o opuszczeniu Seminarium Duchownego. Na podstawie zachowanych materiałów w tym względzie można przypuszczać, iż jego zwierzchnikom, sprawującym kontrolę nad Wydziałem Teologicznym UJ., kleryk F. Hodur wydawał się nieco „podejrzanym”. Faktem jest, że zarzucano mu, iż z powodu starannie ukrywanych kontaktów z ludźmi będącymi na „cenzurowanym”, w oczach swych przełożonych zaczyna uchodzić za „niebezpiecznego buntownika i burzyciela porządku społecznego”, panującego w ówczesnej
Galicji

W oparciu o analizę panujących tam wtedy stosunków kościelnych i uwarunkowań społecznych — można przyjąć, iż chodziło tu o koneksje młodego kleryka z ks. S. Stojałowskim. który został „wyklęty” przez krakowską hierarchię kościelną z powodu związania się z radykalnym ruchem chłopskim, czym bardzo naraził się swym władzom zwierzchnim, a także czynnikom świeckim. Można tu wspomnieć, iż potępiającą ks. S. Stojałowskiego „klątwę kościelną" zdjęto z niego dopiero w roku 1896, po jego pobycie w Rzymie i załatwieniu przykrej sprawy w samym Watykanie. Z tymże bardzo odważnym duchownym rzymskokatolickim już za młodu kleryk F. Hodur związał się więzami trwałej przyjaźni, przy czym żywe kontakty ze sobą utrzymywali przez długie lata.

Tak mniej więcej w dużym skrócie przedstawia się pierwszy okres życia Franciszka Hodura, późniejszego biskupa i organizatora Polskiego Narodowego Katolickiego Kościoła, będącego jednocześnie wybitnym działaczem społeczno-patriotycznym w kraju i za granicą.

 

2. Dla niektórych autorów, interesujących się osobą oraz działalnością ks. bpa F. Hodura, nieco enigmatycznie przedstawia się jego nagłe postanowienie opuszczenia kraju i udanie się w roku 1890 na emigrację do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Faktem jest, że decyzję taką podjął nader szybko, bez niezbędnego w takich przypadkach przygotowania się do tak dalekiej podróży w obce zupełnie środowisko, w dodatku bez jakichkolwiek tam znajomości czy protekcji.

Nie należy się zatem dziwić, iż wśród wypowiadających się na ten temat, zdania bywają zróżnicowane. Wyodrębnić tu można dwa zasadnicze stanowiska, usiłujące wytłumaczyć nagła emigrację kleryka F. Hodura do Ameryki.

Jedni mianowicie utrzymują, że kleryk F. Hodur po samowolnym opuszczeniu Seminarium Duchownego w Krakowie, po prostu był zmuszony do tego kroku, głównie z powodu swego zaangażowania społeczno-politycznego. W ich mniemaniu powyższa okoliczność prędzej czy późnej musiałaby spowodować nieuniknioną na niego nagonkę, a nawet mógłby sie spotkać z różnego typu represjami ze strony ówczesnych władz galicyjskich, zwłaszcza że z tego samego powodu tak wielkie do niego zastrzeżenia miały także władze kościelne, z tego właśnie tytułu odmawiające mu wyższych świeceń kapłańskich.

Zarówno kościelne, jak i świeckie władze nie mogły się bowiem pogodzić z faktem ideologicznego wiązania się młodego kleryka z tzw. proletariatem miejskim oraz wiejską biedotą. W takiej więc złożonej sytuacji nie pozostawało mu nic innego, jak zawczasu wycofać się z tego terenu, gdyż nie uniemożliwiono by mu sfinalizowania studiów — na rządowym bądź co bądź — uniwersytecie, ale poza tym jego dalszy pobyt w Krakowie stawał się dla niego wręcz niebezpieczny.

Inni natomiast autorzy, do których i ja się zaliczam, skłonni są raczej do przyjęcia nieco odmiennej wersji, mającej wyjaśni emigracyjną decyzję kleryka F. Hodura. O tyle wydaje się ona bardziej prawdopodobna od poprzedniej, ponieważ opiera się na oświadczeniach jego najbliższej rodziny a także na jego własnych zwierzeniach w tej materii, wszak niejednokrotnie przy różnych okazjach wyraźnie wspomina o motywach, jakimi się powodował, gdy w roku 1890 opuszczał ziemię ojczystą.

Otóż pod koniec XIX wieku na ziemiach polskich zwłaszcza znajdujących się wówczas pod zaborem austriackim, można było zauważyć wzmożony trend emigracyjny tamtejszych chłopów, spowodowany względami natury ekonomicznej, głównie — szerzącym się bezrobociem i nadmiarem siły roboczej na przeludnionej wsi galicyjskiej.

Nie było to bynajmniej zjawiskiem zupełnie nowym w okresie porozbiorowym, gdyż już poprzednio następowały większe fale odpływowe Polaków za granicę, np. po Powstaniu Listopadowym oraz tuż po upadku Powstania Styczniowego. Wtedy to wielu polskich patriotów, zaangażowanych w ruchu narodowo-wyzwoleńczym, ze względów czysto politycznych i dla własnego bezpieczeństwa, po prostu musiało
opuścić Ojczyznę i udać się na tułaczkę do obcych krajów by tam niejako przeczekać najgorszy dla siebie okres.

Nieco inaczej jednak wygląda sprawa, gdy chodzi o emigrantów o jakich tu mowa, tzn. z samego końca XIX wieku. Wywodzili się oni przeważnie ze środowisk chłopskich i robotniczych, a do nich z całą pewnością można również zaliczyć młodego kleryka Franciszka Hodura.
Ci ostatni udawali się za granicę z innych zupełnie powodów i w nieco odmiennych okolicznościach zewnętrznych. Przede wszystkim nie musieli oni uciekać, ani przed carskim knutem, ani przed austriackim żandarmem, ale zupełnie dobrowolnie opuszczali swą Ojczyznę w poszukiwaniu dla siebie pracy i przysłowiowego kawałka chleba. Poza tym na różne sposoby bardzo ich do tego kroku zachęcano, przeważnie za pośrednictwem różnych agitatorów i specjalnych pośredników, zawodowo trudniących się werbowaniem rąk do pracy w zagranicznych przedsiębiorstwach.

W taki to sposób pod sam koniec XIX wieku spora ilość naszych rodaków, zwłaszcza z przeludnionej wsi polskiej, udawała się bądź na tzw. roboty sezonowe do krajów ościennych, np. do Prus, Belgii czy Francji, bądź — o wiele częściej — chętni do wyjazdu więcej obiecywali sobie po Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie na ziemi Waszyngtona i Lincolna postanowili szukać życzliwego dla siebie miejsca pracy. Wielu bowiem prostych ludzi właśnie Amerykę uważało za „kraj wolności i dobrobytu .

Jak poprzednio wspomniałem — polskiego chłopa najbardziej pociągał kraj, za który w swoim czasie oddał życie wielki nasz rodak i patriota — Kazimierz Pułaski, dla którego tak bardzo zasłużył się również inny wielki Polak Tadeusz Kościuszko, będący w dodatku obrońcą polskich chłopów w okresie słynnej Insurekcji z 1794 roku. Nic więc dziwnego, iż już sama nazwa Ameryki dla wielu kojarzy u się niemal z „ziemią obiecaną”, gdzie nie tylko stosunko łatwo można się było dorobić i nawet wzbogacić, ale skąd w razie potrzeby można też było po prostu wrócić do własnej Ojczyzny i za zarobione na obczyźnie pieniądze stworzyć sobie w kraju znośniejsze warunki egzystencji.

Wprawdzie niewielu spośród nich faktycznie dorobiło się na obczyźnie majątku, niemniej sprawy potoczyły się tak, że przytłaczająca większość chłopsko-robotniczych emigrantów polskich pozostała już tam na stałe, uważając Stany Zjednoczone Ameryki Północnej lub Kanadę za swą drugą Ojczyznę.

Trudno jednak przy tej okazji nie wspomnieć również o drugiej niejako strome medalu, mianowicie o wielkim rozczarowaniu — częstokroć wręcz rozczarowaniu — tychże polskich wychodźców po przybyciu do owej wymarzonej Ameryki, gdy zmuszeni byli konfrontować swe uprzednie o niej wyobrażenia z twardą — jak się niebawem miało okazać — rzeczywistością i realiami tamtejszego życia.

Przede wszystkim większość tych prostych ludzi zaszokowana była zaskakującym dla siebie wyobcowaniem, nagłym pozbawieniem ich tego wszystkiego, do czego od dziecka przywykli we własnym kraju. Ich niezwykłą sytuację porównać by można do wątłej rośliny wyrwanej z korzeniami z własnej gleby i nagle przesadzonej do zupełnie innego gruntu, w dodatku w całkowicie odmiennych warunkach klimatycznych. Nie można bowiem zapominać o tym iż większość polskich emigrantów, przeważnie mało wykształconych, poza własną wsią po prostu nie znała innego świata — poza swą mową ojczystą innego, zwłaszcza tak trudnego dla nich angielskiego języka — innego poza katolicyzmem wyznania religijnego, — a także zrazu nie do przyjęcia dla nich były odmienne zupełnie i obce im zwyczaje i obyczaje świata anglosaskiego.

Zrozumiałym zatem musi być fakt, że adaptacja tych ludzi ze wsi małopolskiej do nowych zupełnie warunków życiami pracy w wielkim przemyśle, przeważnie w hutach i kopalniach Pensylwanii, nie przebiegała bez poważnych zakłóceń — a jeśli nawet, to z całą pewnością następowała bardzo powoli. Tę niezwykle ciężką próbę życiową przetrzymywali tylko ludzie najtwardsi, najbardziej na przeciwności losu odporni, a do nich należeli głównie polscy chłopi i polscy robotnicy.

Nawiązując do powyższych okoliczności miejsca i czasu, niepodobna pominąć sprawy niezmiernie ważnej. Tutaj mianowicie m.in. uwidacznia się pierwszoplanowa w tak specyficznych warunkach życia i niczym na tym etapie niezastąpiona rola religii, wyznawanej od wczesnego dzieciństwa. Konkretnie chodzi o rolę Kościoła rzymskokatolickiego, do którego ludzie ci byli tradycyjnie przyzwyczajeni i szczerze przywiązani — Kościoła, który wraz z polską modlitwą i polskim śpiewem, zwłaszcza na obczyźnie, stał się dla nich główną ostoją, bodaj podstawową więzią społeczną i duchową.

Z powyższego faktu doskonale zdawał sobie sprawę młody kleryk F. Hodur, tak bardzo religijnie i społecznie uwrażliwiony, tak mocno zatroskany o niepewne losy swych współziomków w obcym zupełnie kraju. Chociaż w tym czasie był człowiekiem jeszcze stosunkowo młodym, to jednak już zdążył nieźle przygotować się do twardej szkoły życia, zdobył znakomite wykształcenie i nauczył się mądrze przewidywać. Nader szybko stał się w pełni dojrzałym i nie mało przez życie doświadczonym, częściowo już uodpornionym na wszelkie przeciwności losu. Słowem, czuł się wystarczająco zahartowanym do czekających go w niedalekiej przyszłości trudnych zadań na odcinku religijnym i społeczno-patriotycznym.

Kleryk Franciszek Hodur niejako instynktownie odczuł, gdzie jest właściwe dla niego pole działania, wiedział, że polski chłop i robotnik w obcym zupełnie środowisku nie będzie mógł żyć normalnie bez swego Kościoła i bez polskiego nabożeństwa. To prawda, że tamtejsi — przeważnie anglosascy — księża rzymskokatoliccy odprawiali Mszę św. tak samo jak duchowni w wiejskich kościółkach w kraju, tzn. po łacinie, — wszakże na kazaniu i w kontaktach z wiernymi nie przemawiali do nich zrozumiałym językiem. Na domiar złego tym amerykańskim duchownym, przeważnie pochodzenia irlandzkiego i niemieckiego, zupełnie obojętną była specyficzna dola polskiego ludu, wywodzącego się z kraju, którego polityczne granice najzwyczajniej zdołano wykreślić z mapy Europy.

Dobrze o tym wszystkim wiedział młody kleryk F. Hodur. Rozumiał, że polscy emigranci bardzo potrzebowali, nie tylko księży katolickich, ale jednocześnie własnych, polskich, niejako narodowych. Z tego samego faktu zdawała sobie również sprawę wyższa hierarchia kościelna, tak w Ameryce, jak i w kraju. Zaczęto więc gorąco zachęcać młodych kapłanów i nawet kleryków, by emigrowali razem z masowym wychodźstwem polskim i tam na obczyźnie sprawowali nad nimi opiekę duchową, zwłaszcza duszpasterską. M.in. wezwania tego chętnie usłuchał młody kleryk F. Hodur.

I tak, w roku 1890 doszło do wyjazdu z Krakowa 24-let-niego Franciszka oraz jego osiedlenia się w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej".