Franciszek  Hodur
 


Duchowny rzymskokatolicki

 

 

 

   Pod koniec XIX wieku największy napływ polskich emigrantów do Ameryki Północnej koncentrował się w Stanie Pensylwania, znanym jako centralne zagłębie antracytowe, bodaj największe tego typu  w Stanach Zjednoczonych. W ślad za polskimi wychodźcami do tego właśnie okręgu podążył młody kleryk z Krakowa.

 


Kartka świąteczna
pocz. XX w.
(
Polscy święci błogosławią
Kraków, Poznań i Warszawę
- miasta rozłączone granicami
wytycznonymi przez zaborców )

   W 1890 r. młody Hodur postanowił udać się do USA , kraju ogromnych możliwości dla każdego. Wierzył ze tutaj będzie się mógł poświęcić sprawie drogiej sercu jego rodaków. Przybył na Ellis Island w Nowym Jorku i tu zatrzymano go ponieważ nie miał sponsora. Napisał więc list do polskiego pisma "Kuriera" z prośbą o pomoc. Opublikowany w "Kurierze" jego list zwrócił uwagę jednego z czytelników ks. Bonawentury Gramlewicza, proboszcza polskiej rzymskokatolickiej parafii  pw. Św. Trójcy w Nanticoke, Pensylwania. 


Test na inteligencję

 

 

 

 

 

 

 

 

Na wyspie 
Ellis Island

 

Badanie kobiet

   Ks. Gramlewicz wysłał swego asystenta ks. Zychowicza na Ellis Island do młodego przybysza Franciszka Hodura. Ks. Zychowicz szybko załatwił wszelkie formalności związane z przyjazdem do Stanów Zjednoczonych.
   Ks. Gramlewiczem bardzo życzliwie przyjął bezdomnego kleryka z Polski i serdecznie się nim zaopiekował, przez dłuższy okres czasu goszcząc go w swoim domu. 

ks. Bonawentura
Gramlewicz

   Za wstawiennictwem ks. Gramlewicza, który zobaczył u młodego przybysza szczere zamiłowanie do stanu kapłańskiego, postarał się u biskupa O'Hara w diecezji scrantońskiej o skierowanie do Seminarium Duchownego św. Walentego w Betty kleryka F. Hodur, gdzie miał oczekiwać na opinię swego byłego rektora seminarium z Krakowa.

 

   Po nadejściu z kraju pozytywnej opinii i dopełnieniu wszystkich związanych z tym formalności -  w dniu 19 sierpnia 1893 roku  bp 0'Hara udzielił klerykowi F. Hodurowi wyższych święceń kapłańskich w katedrze scrantońskiej. Wynika stąd jednoznacznie, że zaliczono mu kilkuletnie wychowanie seminaryjne w Polsce oraz studia teologiczne odbyte na uniwersytecie.

   


        Ks. bp 0'Hara - pochodzenia irlandzkiego - tuż po wyświęceniu ks. F. Hodura na kapłana - mianował go wikariuszem przy parafii pw. Świętego Serca Jezusa i Marii przy ul. Prospect w Scranton, przekazując go do pomocy tamtejszemu proboszczowi - ks. Ryszardowi Austowi, który zaledwie od roku kierował tą placówką, złożoną w przeważającej części z Polaków.

 

   Młody polski duchowny, pełen zapału do pracy duszpasterskiej, z miejsca dał się poznać jako znakomity i porywający kaznodzieja i jednocześnie bardzo utalentowany organizator życia parafialnego. Wszyscy bez wyjątku utrzymują, iż był bez reszty oddany powierzonym sobie wiernym.


Św. Serca Jezusa i Marii
Scranton, Pensylwnia

  
   Spośród innych duchownych katolickich tego okręgu ks. F. Hodur wyróżniał się nie tylko jako gorliwy kapłan i duszpasterz, ale również jako wybitny działacz społeczny. Toteż nader szybko znalazł szczere uznanie i sympatię w całym środowisku, zwłaszcza że z niezwykłą troskliwością odnosił się do potrzeb duchowych i materialnych tamtejszych polskich imigrantów, których tu była cała kolonia.

 Charakterystycznym dla ks. F. Hodura było, że poza obowiązkami natury czysto religijnej i duszpasterskiej udzielał się na szeroką skalę w pracy społecznej i patriotycznej. Z jego to inicjatywy powstała w Scranton polska gazeta „Tygodnik Scrantoński", którego został naczelnym redaktorem. Sprawił tym wielką radość swym rodakom i sam poczuł się niejako w swoim żywiole. 

 


Kolędnicy
(
motyw kartki świątecznej
z pocz. XX w.,
mal. J. Fałat )

 

  Niezależnie od tego ks. F. Hodur gromadził wokół siebie młodzież polską, przy czym osobiście nauczał ją dziejów dalekiej Ojczyzny, budząc tym samym w młodym pokoleniu poczucie godności osobistej oraz przywiązanie do własnego narodu. W ten sposób pragnął chociaż duchowo wiązać tę młodzież z dalekim krajem, będącym - niestety - jeszcze pod zaborami obcych mocarstw. Wygłaszał również liczne odczyty, sam przygotowywał i urządzał wieczornice o charakterze patriotycznym. Słowem, jak tylko potrafił, usiłował podtrzymywać na duchu swych rodaków, w początkowym okresie nieco przygnębionych na obczyźnie.   
  
  Bardzo istotne przeobrażenia w poglądach i postawie życiowej ks. F. Hodura nastąpiły właśnie w czasie jego pierwszego pobytu w Scranton. Otóż ten stosunkowo krótki okres jego życia - od kwietnia 1893 do października 1894 - w niedalekiej przyszłości miał zaważyć na niezwykle ważnych decyzjach młodego rzymskokatolickiego kapłana. Dlatego należy sprawie tej poświęcić nieco więcej uwagi.

Ks.  Ryszard Aust

    Okazuje się, iż pierwszym bezpośrednim zwierzchnikiem kościelnym ks. F. Hodura był rodowity Niemiec, w dodatku o hakatystycznym niemal nastawieniu do swych polskich parafian. Ks. Ryszard Aust przybył do Ameryki ze Śląska już jako mały chłopiec, a Seminarium Duchowne ukończył w klasztorze benedyktyńskim w Betty. Był zaledwie o rok starszy od swego wikariusza, a na proboszcza parafii złożonej przeważnie z Polaków wyznaczono go w roku 1892 głównie dlatego, ponieważ w mowie potocznej umiał posługiwać się gwarą śląską, którą wszyscy polscy parafianie na ogół rozumieli. 

   
   Wszakże w całym swym zachowaniu się wobec parafian ks. Aust był postacią wybitnie konfliktową, przy czym cechowała go nawet pewna buta połączona z arogancją. Sam niejednokrotnie stwierdzał publicznie, iż wcale nie czuje się Polakiem, mało tego - że Polaków po prostu nie lubi. Był bowiem szowinistycznie przekonany, że należy do „narodu panów", któremu przeznaczone jest kierowanie innymi.
    Oto z jednej  strony mamy patriotycznie nastawionego księdza Polaka, plebejusza, zwolennika ideałów Młodej Polski i programu społecznego ks. S. Stojałowskiego, szczerego demokratę i patriotę, zapalonego propagatora literatury polskiej, organizatora i społecznika lubianego przez parafian. Z drugiej natomiast strony jest zarozumiały, chciwy władzy oraz pieniędzy Niemiec, gardzący swymi parafianami, którzy ostatecznie go utrzymywali. Na dłuższą zatem metę ich współpraca nie mogła układać się zbyt idyllicznie.

   Ks. R. Aust, który - nawiasem mówiąc - był człowiekiem wyjątkowo ustosunkowanym w scrantońskiej socjecie, posiadał wielu zamożnych i znaczących przyjaciół. Jego najbliższe otoczenie stanowili przeważnie lekarze, adwokaci i bankierzy, w przeważającej części również Niemcy. Znanym był z tego, że prowadzi „dom otwarty", gdyż przyjmował licznych gości i urządzał dla nich na plebani sute przyjęcia. Poza tym należał do kilku ekskluzywnych klubów w mieście i świeckich towarzystw, czym w określonych środowiskach zdołał zjednać sobie sympatię i wielu zwolenników.

 


W osiedlu robotniczym w Pensylwanii
(
zdjęcie około 1910 r.)


   
   Jednakże nadmiernie rozrzutny tryb życia ks. R. Austa był nader kosztowny, przy czym zwłaszcza liczne przyjęcia na plebani niemało kosztowały go pieniędzy. Oczywiście trzeba je było zebrać wśród parafian, którymi na ogół byli niezamożni polscy górnicy i hutnicy. Zrazu nie znali oni w ogóle języka angielskiego czy niemieckiego, jakimi zazwyczaj posługiwał się ich proboszcz, co przyprawiało ich nieraz o istną rozpacz. 
   Z czasem jednak spokojnych tych ludzi zaczęło niepokoić nonszalanckie zachowanie się ich proboszcza oraz arogancki do nich stosunek. Coraz bardziej gorszyły ich wysokie opłaty za posługi religijne oraz opłaty za miejsca siedzące w kościele, pobierane właśnie przez ks. R. Austa. W dodatku tzw. podatki kościelne po prostu potrącano im już w zakładach pracy przy cotygodniowej wypłacie. Zważywszy więc okoliczności, że parafianami ks. Austa byli przeważnie niewiele zarabiający górnicy i hutnicy, kościelne obciążenia tego typu były dla nich dotkliwie odczuwane.

 

    Na pierwszy rzut oka współpraca między proboszczem i jego rówieśnikiem ks. Hodurem zewnętrznie układała się w miarę znośnie. Proboszcz wcale nie ukrywał, iż docenia pracę swego pomocnika i wszystkie jego inicjatywy społeczne. Toteż raczej nie krępował go w poczynaniach organizacyjnych, zezwalając np. na założenie przy parafii „Patriotycznego Towarzystwa Oświaty". W niektórych przypadkach szedł mu nawet wyraźnie na rękę, gdyż praca ks. F. Hodura przysparzała placówce kościelnej dużo rozgłosu i - co za tym idzie - przyczyniała się do wzrostu jej dochodów materialnych, na czym ks. Austowi głównie zależało. 

    Młody ks. F. Hodur, pomimo osobistej satysfakcji z owoców swej pracy duszpasterskiej i społecznej, wraz z polskimi parafianami boleśnie odczuwał wszystkie nieprawidłowości występujące za sprawą ks. Austa. Zwłaszcza drażnił go niesamowity wyzysk materialny oraz moralna wzgarda, z jaką niemiecki proboszcz odnosił się do prostych i uczciwych ludzi. Już w pierwszym roku swego kapłaństwa czuł się tym wszystkim niemile rozczarowany, a nawet przygnębiony, gdyż nie tak wyobrażał sobie szczytną pracę na Bożej niwie. Już wtedy w młodym polskim księdzu budzić się zaczęły odruchy sprzeciwu przeciwko oczywistym nadużyciom ze strony zadufanego w sobie kierownika parafii. Wszakże sprawa otwartego wystąpienia przeciwko ks. Austowi wtedy jeszcze nie dojrzała, gdyż w międzyczasie ks. F. Hodur z woli swego biskupa zmienił miejsce pracy duszpasterskiej.

   Ks. bp 0'Hara, zafascynowany osobowością młodego polskiego kapłana, zwłaszcza niezwykłym darem jego wymowy oraz zdolnościami organizacyjny mi, w październiku 1895 roku przeniósł go na samodzielne stanowisko proboszcza w Nanticoke. I tutaj, podobnie jak poprzednio w Scranton, szybko zyskał sobie wielkie uznanie i sympatię u nowych parafian. 

 

Kościół Św. Trójcy
Nanticoke, Pensylwania

   
   Tak się jednak złożyło, że ks. F. Hodur nie długo przebywał w swej nowej parafii w Nanticoke, gdyż - jak się niebawem okazało - los kazał mu wrócić do miejscowości, w której rozpoczął swe duszpasterzowanie, tzn. do Scranton. To prawda, że wrócił, ale w jakże innych już okolicznościach zewnętrznych.
    Wiele lat później, gdy już był biskupem Polskiego Narodowego Katolickiego Kościoła, z rozrzewnieniem wspomina ten przełomowy dla siebie okres życia. Podkreślał przy tym, że pomimo dwuletniego pobytu na Nanticoke, gdzie wiodło mu się bardzo dobrze, jego serce zawsze pozostawało w Scranton. Przyznawał, że bardzo tęsknił za ludźmi, do których z całą wzajemnością młodzieńczą się przywiązał uczuciowo.
   

zobacz ...