PIERWSZY LIST

KS.  BISKUPA  FRANCISZKA  HODURA

DO  POLSKIEGO  NARODU  O  PRAWDZIWYM,  BOŻYM

KOŚCIELE  I  PRZYSZŁOŚCI  POLSKIEGO  NARODU.

 

   W tym czasie, gdy nasze całe społeczeństwo przechodzi ciężką chwilę, gdy w Piastowskiej ziemi nad Wartą i Odrą odwieczny wróg plemienny nastaje silniej na polskie życie, gdy straszna wichura targa w Królestwie Kongresowym, stare wiązadła społeczne i chaos pojęć zawładnął umysłami w trzeciej dzielnicy, a tu za morzem poza walką o byt nie uznajemy prawie żadnej innej przewodniej idei - w takiej godzinie niechże mi będzie wolno, najniższemu słudze polskiego ludu na tułactwie, wypowiedzieć kilka uwag, tyczących się przyszłości naszego narodu. Często się słyszy to pytanie. Czy powstanie jeszcze Polska, czy będziemy oglądać kiedy wolną naszą Ojczyznę, czy trzy dzielnice, rozcięte zbrodniczym nożem w 1795 roku, czy się zrosną znowu?

   I raz wierzymy święcie w ziszczenie się naszych marzeń, to zwątpienie szarpie naszą duszę. A to drugie uczucie coraz częściej gości w polskim sercu, przeczulonym półtorawiekowym bólem, uczucie niewiary i zwątpienia w zmartwychwstanie Ojczyzny. Każą nam się pogodzić z losem, zostać Polakami pruskimi, rosyjskimi, ajrysko amerykańskimi, austriackimi, a będzie nam lepiej ....

   I jest już dużo takich, co się pogodzili z tą myślą, takich, co się godzą i co się zamierzają pogodzić. Kto bada pilnie objawy naszego życia zauważył z przerażeniem, jak myśmy się przyzwyczaili prędko uważać siebie za naród ujarzmiony na zawsze, niesamodzielny, naród podrzędny, drugiej, trzeciej klasy. Stajemy się powoli Irlandią, polską Irlandią, polską Walią, ot taką regularną, zwyczajną prowincją danego imperium. Potężne prądy społeczno polityczne, religijne, czy artystyczne zrodzone na bruku berlińskim, odbijają się z niesłychaną łatwością i szybkością w Gnieźnie, Poznaniu; powstałe w Wiedniu przyjmują się w Krakowie i Lwowie, albo z Petersburgu płyną do Warszawy i Łodzi i znajdują tam sympatyczny oddźwięk i pobudzają polskie serce do bicia.

   Ale w Krakowie, Poznaniu, Lwowie, Warszawie, Łodzi, Wilnie nie zrodziło się w ostatnich czasach żadne hasło, które by objęło całą Polskę, wzbudziło ruch, życie, wiarę, a potem silnym echem odbiło się o mury stolic zaborczych mocarstw.

   Przestaliśmy żyć życiem samoistnym, oryginalnym, twórczym życiem, w którym by odzwierciedlił się duch narodu, które by imponowało światu i wrogom nawet kazało w nas uznać plemię, lud mający prawo do samoistnego politycznego bytu. I tu leży straszne niebezpieczeństwo dla przyszłości naszego narodu. Stajemy się powoli podścieliskiem, gnojem po prostu i glebą, na której się przyjmują łacno płody niemieckich filozofów, polityków i ekonomistów, francuskich dekadentów, rosyjskich marzycieli i świętoburców a nawet mrzonki ajryskich klechów o panowaniu ich w Ameryce, rozrastają się tak bujnie w duszy polskiej, że nie ma w niej miejsca na swojską roślinę ...

   Powie ktoś: to już jest taki los ujarzmionego narodu.

   Bo to prawda? Nie, to kłamstwo podłe, obrzydliwe kłamstwo, które należy zaraz wpakować do gardła z powrotem temu, kto je wykrztusił niebacznie. To los słabego, niedołężnego, zniewieściałego narodu. Lud ujarzmiony politycznie, ale nie zrzekający się swego posłannictwa, swego odrębnego życia inaczej postępuje.

   Patrzmy na Grecję, patrzmy na Judeę starożytną! Kilka milionów Greków zwyciężonych przez dziesięć razy liczniejszych Rzymian, narzuca swym panom z nad Tybru religię, filozofię, język nawet i zwyciężeni Grecy stają się w przeciągu jednego stulecia zwycięzcami, cywilizatorami Rzymian. A jeszcze jaskrawszy przykład spostrzegamy w dziejach żydowskiego narodu. I Żydzi musieli ulec naporowi rzymskiego państwa, opartego o biurokratyzm i militaryzm i poddać się politycznemu kierownictwu cezarów, ale ten nieliczny żydowski naród, pozornie słaby, wycisnął na duszy rzymskiej niezatarte piętno. Z nad Jordanu i morza Genezaret nieśli żydowscy niewolnicy wierzenia religijne najpierw Mojżesza, a potem wiarę Chrystusową tam wszędzie, gdzie szły rzymskie orły i miały świątynie rzymskie bogi i siali tak długo ziarno Ewangelii aż się pokruszyły posągi greckich i rzymskich bogów i orły cesarskie ustąpiły miejsca krzyżowi. ( ...)

   My Polacy nie zdobyliśmy się dotąd na rdzennie narodową kulturę, nie okazaliśmy światu swej duszy w jej przepięknych i potężnych przejawach. A przyczyna tego smutnego stanu leży w braku narodowej religii, narodowego Kościoła.

   Kościół każdy, jak jest pierwszą szkołą jednostki, indywiduum, tak też pierwszą i najważniejszą szkołą ludu, społeczeństwa. Religijne zasady wpajane przez rodziców i kapłanów budzą najpierw człowieka, pchają do wyższego życia, prowadzą, kształcą, urabiają formy, krystalizują sumienie przed tym, nim się tym człowiekiem zajmie państwo.

   Czyż więc obojętną ma być rzeczą, jaka to jest religia, jaki to jest ten Kościół, który się podejmuje tego wielkiego zadania, czy obojętnym będzie dla narodu, jakie ziarna rzuca się w jego duszę, z zaraniu życia, by potem strzeliło kłosem i wydało obfite żniwo, albo tylko śmieć i kąkol?

   Dotąd był tym pierwszym i najważniejszym nauczycielem naszego narodu Kościół rzymsko-katolicki i jak widzimy ze skutków, źle spełniał swe zadanie. Był dla nas złym mistrzem, nieszczerym, płatnym pedagogiem. W ciągu przeszło tysiącletniej zależności naszej od Rzymu nie okazał on nam nigdy serca, miłości ...

   Kościół rzymski, to Kościół dogmatów, formuł ukutych całe wieki temu przez zakonników, biskupów i papieży, stare często mamuty, nieraz potwory moralne, które nie miały nic wspólnego z Założycielem chrześcijaństwa i nie pojmowały życia pulsującego w narodzie. Czyż więc dziwna, że karmieni tymi czczymi formułkami, prowadzeni jak niesforne dzieci na rzymskim pasku przez tysiąc sto lat, nie nauczyliśmy się myśleć samodzielnie i chodzić o własnych siłach?

   Przyzwyczajeni w religijnem życiu iść za papieżem, oglądać się na Kurię rzymską, tośmy i w innych dziedzinach pracy społecznej czerpali natchnienie nie z własnej piersi, nie wprost z Bożego Źródła, ale u stóp Watykanu. ( ...)

   O Polsko, Ojczyzno moja, rzuć okiem w przeszłość swoją i popatrz się, ileż to razy byłaś liczmanem w ręku papieża? Poświęcał Cię Węgrom, Krzyżakom, Austryjakom, Moskalom, jakby jakie bydlę na rzeź prowadzone, a i teraz patrzy się obojętnie, jak but Prusaka depcze po Twym skrwawionym, na pół martwym ciele, słucha spokojnie jak ajryscy i niemieccy biskupi w Ameryce zagarnęli na własność 500 polskich kościołów, zbudowanych rękami i groszem Twych dzieci, rozproszonych na wychodźstwie. I cóż Ci daje papież o Polonia Semper Fidelis za Twą uległość, wiarę, gotowość do ofiar i męczeństwa? Dawniej przysyłali do Polski rzymscy biskupi odpusty, zwolnienia od przysiąg, złotą różę królewskiej damie, czasem kości jakichś mnichów, wygrzebane na przedmieściach wiecznego miasta, a dziś i tego nie dadzą. Dziś nas zaspokoją tańszymi rupieciami. Ot tytuł szlachcica rzymskiego, szambelana, asystenta tronu, order Grzegorza lub Innocentego, zawieszone na szyi Tarnowskich, Górskich lub Chłapowskich, to jedyna nagroda z rąk "świętego ojca". To mało, to bardzo mało, nieprawdaż? ( ...)

   Ojczyźnie mojej tę myśl pod stopy, to proroctwo, że nie wstanie z grobu, nie zrzuci obroży i nie roztarga więzów i nie wstanie wolną, potężną, uśmiechniętą, szczęśliwą, ta Królowa nasza - Matka nasza, aż nad jej mogiłą zadźwięczy rozgłośnie dzwon Narodowego Kościoła i do nowego wzbudzi ją życia. Bo Narodowy Kościół to służba Boża i służba dla narodu. ( ...)

   Z łona świętej ziemi wyrośliśmy jako Polacy, obdarzeni pewnymi specyficznymi przymiotami, posiadający odrębny język, odrębne dążności i pragnienia - słowem jako naród, musimy nim zostać w całości i częściach składowych. Kto wierny jest idei tego narodu, Bogu jest wierny, kto się wyrzeka charakteru Polaka, czy to przez zdradę, czy zatratę języka, złe niepatriotyczne wychowanie dzieci, ten grzeszy przeciwko Bogu. A ponieważ samoistne życie pod względem politycznym, religijnym jest najwyższym celem u każdego narodu, więc ku temu celowi powinniśmy dążyć wszyscy, gdzie możemy i jak możemy. Biada narodowi który straci niepodległość polityczną i musi słuchać rozkazów wyszłych z kancelarii obcych rządów, ale też biada i większa, jeszcze biada narodowi gdy najtajniejsze sprawy z Bogiem, z sumieniem, nie załatwia sam, ale przez kancelarie obcych pośredników. ( ...)

   Narodowym Kościołem ma być służba, miłość i poświęcenie się dla narodu, dla ludu. Nie garść biskupów i księży jest Kościołem, ale naród wierzący, a biskupi i księża są tylko cząstką tego Kościoła, jego sługami i nauczycielami. Miłość narodu, Ojczyzny, to największe i najszczytniejsze uczucie po miłości Bożej, to samo uczucie tylko w innej formie się objawiające. ( ...)

   Trzeba nam wrócić znowu do Chrystusa, jeśli chcemy spełnić nasze posłannictwo na ziemi, jeno nie do tego Chrystusa, którego sobie wzięli za patrona papieże, królowie i wszystkie oligarchiczne rządy i w którego imieniu mordowali i mordują jeszcze, torturowali i torturują, przeklinali i przeklinają jeszcze, ale tego prawdziwego Chrystusa, oskarżonego o bunt przeciwko ustalonemu i niesprawiedliwemu porządkowi rzeczy, ukoronowanego cierniową koroną i obleczonego w purpurowy łachman na szyderstwo i wzgardę. Tę pomyłkę, którą uczynili zwolennicy Chrystusa Pana w czwartym wieku, gdy olśnieni uznaniem chrześcijaństwa przez cesarza Konstantyna Wielkiego zrzekli się rewolucyjnego charakteru swej nowej religii za blichtr i pompę i przerobili religię Jezusową, tę religię miłości, ofiarnego życia, religię uświęcenia, ubóstwienia człowieczeństwa w religię kultu, ceremonii, pokory i zaparcia się u biednych i upośledzonych, a religię pychy i żądzy nieograniczonej władzy u możnych duchownych i świeckich kierowników Kościoła i państwa. Ten największy błąd dawnego chrześcijaństwa musimy naprawić i głosić znowu naukę Jezusową taką, jaką on kazał głosić Apostołom, a nie jaką każe opowiadać rzymski Kościół i jemu podobne stowarzyszenia. Musimy być solą ziemi i iść z ludzkością razem i brać czynny udział w jej walce i pracy, w chorobach, nędzach, radościach i tryumfach, albo nas zmiecie wir świata i staniemy się ołowianą kulą u nogi społeczeństwa, u nogi przede wszystkim własnego narodu.

   Więc nuże do pracy, wy wszyscy, co wierzycie w przyszłość narodu i całej ludzkości, co wierzycie, że Bóg nie stworzył na to ludzi, by jedni tonęli we łzach i pocie, tarzali się w gnoju i błocie, a drudzy opływali w rozkoszach i stąpali po miękkich kobiercach, co wierzycie, że Bóg nie stworzył naszego narodu polskiego na to, by gnił, marniał i upadlał się w służbie i niewoli u Niemców, Moskali i Ajryszy, co wierzycie w miłość i sprawiedliwość Ojca-Boga. Nie myślcie, że to robota przechodząca nasze siły. O nie! Gdy się zapali do niej duch, gdy serce ją umiłuje, to trudy i mozoły i cierpienia i nędza i więzienie i śmierć nawet wydadzą nam się małe wobec ogromu sprawy świętej, odrodzenia się naszego narodu i powstania prawdziwie Bożego Kościoła, Polsko Narodowego.

 

Ks. Franciszek Hodur,
Biskup Polsko-Narodowego Kościoła w Ameryce Scranton, Pa.

(Broszura napisana i wydana w 1907 roku)